Nie da się ukryć – piwo IPA (India Pale Ale) stało się symbolem nowej fali w piwowarstwie. Aromatyczne, intensywne, pełne cytrusów, goryczki i energii. Przez ostatnie lata podbiło świat rzemieślniczych browarów, stając się dla piwoszy tym, czym single malt jest dla miłośników whisky. I kiedyś ktoś – może przypadkiem, może z premedytacją – pomyślał, że beczki po IPA można jeszcze wykorzystać. Whisky i piwo? Dwa światy, które przecież dzieli wszystko: styl, tradycja, filozofia. A jednak – gdzieś pomiędzy beczkami, w zapachu słodu i chmielu – działa! Finisz w beczkach po IPA to dokładnie ten przypadek. Pomysł, który wyglądał jak eksperyment, z czasem przerodził się w jedną z ciekawszych historii współczesnej whisky.
Początki nie były spektakularne. Kilka destylarni w Szkocji zaczęło po prostu eksperymentować – wymieniały się beczkami z lokalnymi browarami. Browar dostawał dębowe beczki po whisky, żeby uwarzyć piwo z nutą wanilii, dębu i alkoholu. Destylarnia z kolei brała od browaru beczki po piwie, w których wcześniej leżakowało IPA. Najpierw traktowano to jak zabawę, coś dla wewnętrznego użytku, dla ciekawych. Ale gdy whisky z takich beczek zaczęła pachnieć cytrusami i zielonym jęczmieniem, a w smaku pojawiła się subtelna, przyjemna goryczka, ludzie interesować się tematem
Jednym z pionierów był Glenfiddich, który wprowadził serię „Experimental Series”. Projekt „IPA Experiment” stał się jednym z pierwszych przykładów oficjalnego, szeroko dostępnego finiszu w beczkach po piwie IPA. Współpraca z browarem Speyside Craft Brewery była z początku eksperymentem, ale efekty okazały się tak dobre, że whisky trafiła na rynek i narobiła sporo szumu. Zresztą, trudno się dziwić – aromat tej whisky był zupełnie inny. Nie przypominał sherry, porto ani bourbonu. Był świeży, soczysty, pełen cytrusów, grejpfruta, ziół, lekkiej żywiczności. Obok destylarni Glenfiddich, również marka Jameson polubiła się z beczkami po piwie IPA.
Beczka po piwie to ciekawy organizm. Piwo, zwłaszcza IPA, zostawia w niej ślady olejków chmielowych, estry, kwasy owocowe, coś, co w whisky rzadko się zdarza – nutę ziołowej świeżości. Kiedy do takiej beczki trafia whisky, zaczyna się powolna wymiana – drewno oddaje jej to, czym wcześniej przesiąkło. Efekt nie jest przewidywalny. Każda beczka zachowuje się inaczej. Czasem whisky wychodzi z niej pełna cytrusów, czasem bardziej kwiatowa, czasem z nutą sosen i ziół
Najważniejsze jest jednak to, że whisky po IPA nie traci charakteru. Nadal czuć w niej słód, wanilię, lekki dąb – ale w tle pojawia się coś zupełnie nowego. Ta lekka, chmielowa goryczka nie dominuje, ale nadaje całości energii. Sprawia, że whisky jest bardziej wytrawna, trochę rześka, mniej ciężka.
W w świecie whisky przyzwyczajeni jesteśmy do finiszy, które nadają głębi – sherry, porto, rum, czerwone wino. A tu jest odwrotnie. Finisz po IPA nie pogłębia, tylko rozświetla. Nie dokłada ciężaru, tylko odejmuje. I to właśnie sprawia, że ten styl tak mocno wyróżnia się na tle innych.
Pierwsze wrażenie? Świeżość. Zanim jeszcze zbliżysz kieliszek do nosa, czujesz cytrusowy zapach – pomarańczę, limonkę, trochę grejpfruta, może nawet trawę cytrynową. Do tego nuta zboża, miodu, odrobina wanilii. W ustach whisky jest lekka, ale nie wodnista. Czuć słód, jęczmień, lekki karmel, a potem przychodzi goryczka, bardzo delikatna, chmielowa, która zostaje na języku. Finisz bywa suchy, z nutą ziół, zielonej herbaty, czasem sosnowych igieł. To whisky do rozmowy przy stole, w ciepły wieczór. W porównaniu z klasycznymi finiaszami, whisky po IPA wydaje się lżejsza, bardziej żywa.
Współpraca browarów i destylarni to piękny przykład tego, jak tradycja może dogadać się z nowoczesnością. Browarnicy i gorzelnicy od zawsze używali tych samych składników – słodu, wody, drożdży. Ale przez lata patrzyli na siebie z dystansem. Dopiero boom na piwa rzemieślnicze zmienił ten układ. Browary zaczęły warzyć piwa dla pasjonatów, nie dla mas. Destylarnie zrozumiały, że ich publiczność też się zmienia – że ludzie chcą czegoś nowego, autentycznego, że szukają historii i eksperymentu. I tak właśnie IPA trafiła do beczek po whisky, a whisky – do beczek po IPA. Dwie kultury, które przez lata żyły obok siebie, zaczęły się przenikać. Browary uczą destylarnie odważnych smaków, destylarnie uczą browary cierpliwości. Z tego spotkania rodzi się coś, czego wcześniej nie było – whisky z duszą piwa, piwo z duszą whisky.
To nie jest whisky do lodu, nie lubi się z nim. Najlepiej podać ją czystą, w temperaturze pokojowej, w kieliszku tulipanowym lub Glencairn. Po chwili w kieliszku aromaty się otwierają – z każdą minutą whisky robi się bardziej cytrusowa, bardziej zielona Woda – tylko odrobina, jeśli w ogóle. Kropla wody potrafi wydobyć z whisky aromaty chmielu i kwiatów.
IPA świetnie łączy się z kuchnią pełną ziół – grillowanym drobiem, twardymi serami, rybami. Ciekawie działa z daniami z cytrusami – na przykład z sałatką z mango albo z pieczonym łososiem w sosie limonkowym. Niektórzy próbują jej w koktajlach, ale to już kwestia gustu. W klasycznym highballu z wodą sodową potrafi być odświeżająca i lekka.
To trunek dla ludzi, którzy szukają w whisky czegoś nowego. Dla tych, którzy nie boją się wyjść poza utarte ścieżki. Dla fanów piw rzemieślniczych, którzy wiedzą, że goryczka może być przyjemnością, a nie wadą. Whisky po IPA nie stara się być uniwersalna. Ma charakter, ma pazur, ma coś nie do końca przewidywalnego. Dla jednych to będzie genialny balans między tradycją a nowoczesnością, dla innych – zbyt dalekie odejście od klasyki. Ale to właśnie jej siła.
Whisky finiszowana w beczkach po IPA to dowód na to, że w świecie, który wydaje się już wszystko wiedzieć o whisky, nadal jest miejsce na ciekawość. To spotkanie dwóch światów – piwa i destylatu, tradycji i buntu, goryczki i słodyczy. To whisky, którą pije się z uśmiechem, z otwartą głową, z przyjaciółmi.